Niedawno media wspomniały o propozycji wystosowanej przez pewnego mężczyznę - Henryka Janczarka, który postuluje zmianę ortografii. Chce ułatwić życie przyszłym pokoleniom eliminując z naszego alfabetu takie głoski, jak 'rz', 'ch', czy 'ó'. Od razu na myśl przyszła mi jednodniówka tego komunisty Jasieńskiego pt. "Nuż w bżuhu". Pomysł emerytowanego pracownika kuratorium nie spotkał się z aprobatą internautów, pozytywnie nastawionych było zaledwie 20 proc. respondentów.
Reforma ortografii miałaby pomóc osobom młodym, którzy aby nie uczyć się poprawnej pisowni chodzą do pedagogów i załatwiają sobie papierki [nie chcę rozpoczynać kolejnej dyskusji na temat dysortografików, ale chyba nikt zdrowy nie powie mi, że na ten defekt [tak to chyba można nazwać] cierpi tak wiele osób]. Oczywiście jest to tylko ich problem - czy chcą znać ortografię, czy nie - najwyżej będą się w przyszłości kompromitowali, a przecież jeszcze przez wiele lat nie wszędzie dostępny będzie Word, czy Firefox, który zaznaczy wszystkie [no, prawie wszystkie] błędy.
W Niemczech parę lat temu językoznawcy zrobili reformę polegającą między innymi na zredukowaniu ß na rzecz podwójnej litery 's'. Nie spotkało się to z aprobatą obywateli, mało tego ostatnio największe gazety zza naszej zachodniej granicy takie jak "Bild", czy "Der Spiegel" postanowiły wrócić do starej pisowni. I bardzo dobrze...
Moim zdaniem język nie jest rzeczą, którą powinno się bawić. We Francji bardzo broni się język przed amerykanizacją i bardzo dobrze. Na pewno jednak nie powinno się tak skrajnie [o ile w ogóle] deformować ortografię. Mnie osobiście bardzo kłułoby w oczy zdanie typu 'Żont hce podwyszki emerytór'... Dlatego niezależnie od tego co się stanie, ja pozostanę przy tradycyjnej polszczyźnie, a wy już sobie róbcie co chcecie - przyzwyczaję się i ja. Choć pomysł skrajnie głupi...
Apel do nieszkodliwych homoseksualistów, siedzących sobie cicho w domu, mających stałego partnera - NIE CHWALĄCYCH się na ulicy co robią w sypialni. Jeśli zobaczycie tego obrzydliwego i odrażającego pedzia Roberta Biedronia kiedykolwiek na ulicy dla waszego dobra radzę wam trzasnąć mu w pysk. Dlaczego? Z tego względu, że Was - homoseksualistów - całkowicie kompromituje...
Tak to jest, jak się osobę [być może niezrównoważoną psychicznie?] wpuszcza do mediów. W imieniu wszystkich osób kochających inaczej wypowiada się na ulicach łażąc z innymi dewiantami w stringach po ulicach wpychając tam dla swojej korzyści osoby niepełnosprawne, zapewne nieświadome tego co tam się dzieje, które są święcie przekonane, że ten degenerat broni ich praw. Mnie homoseksualiści, którzy nie są seksualnymi ekshibicjonistami absolutnie nie przeszkadzają - to jest ich życie i jeśli nie krzywdzą tych innych [piję tutaj do adopcji dzieci przez takie związki] - ich sprawa... Biedroń mnie odraża, denerwuje i zniesmacza.
Tym razem inny ciekawy film wrzucam tu, aby nie zginął, bo bardzo ciekawy. W rolach głównych Maggie Gallagher [National Organization for Marriage] - w tym przypadku małżeństwa w prawdziwym tego słowa znaczeniu; aktor Stephen Baldwin - jedyny republikański z braci; krzykaczka Shana Moakler i jakaś idiotka nie umiejąca czytać Pisma Świętego - Nicole Lamarche się nazywa. Zapraszam!